Wyobraź sobie, że przez całe życie pracujesz, płacisz składki, a potem dostajesz emeryturę w wysokości zaledwie 1200 złotych przy ostatniej pensji wynoszącej 6000 złotych. Brzmi jak koszmar? A jednak to właśnie czeka dzisiejszych trzydziestolatków i czterdziestolatków, jeśli polski system emerytalny nie przejdzie rewolucyjnych zmian. W lutym 2026 roku temat powrócił z impetem – eksperci biją na alarm, a w Sejmie pojawiają się petycje o radykalne zmiany wieku emerytalnego.
Cyfry są bezlitosne i trudno je zignorować. Według najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego, liczba mieszkańców Polski spadła w 2025 roku o 157 tysięcy osób. Na 238 tysięcy urodzeń przypadło aż 406 tysięcy zgonów – to proporcja, która zapiera dech w piersiach. Jednocześnie spadła liczba osób w wieku produkcyjnym o 128 tysięcy, podczas gdy liczba emerytów przekroczyła już 9 milionów, stanowiąc 24,2 procent całej populacji.
To trochę jak próba utrzymania budynku, którego fundamenty systematycznie się kurczą, podczas gdy górne kondygnacje ciągle rosną. Polski system emerytalny znalazł się w sytuacji, w której coraz mniej pracujących musi utrzymywać coraz więcej emerytów. Pytanie brzmi: ile jeszcze wytrzyma ta konstrukcja zanim runie?
Międzynarodowy Fundusz Walutowy nie pozostawia złudzeń – zrównanie i podniesienie wieku emerytalnego to według ekspertów nie opcja do rozważenia, lecz konieczność. Warsaw Enterprise Institute oraz Forum Obywatelskiego Rozwoju w swoim raporcie „Budżetowy SOS” z początku lutego 2026 roku wprost stwierdzają, że trzeba spojrzeć prawdzie w oczy i szybko zrównać oraz podnieść wiek emerytalny, choćby do średniego europejskiego poziomu.

Kluczowym wskaźnikiem kondycji systemu emerytalnego jest tak zwana stopa zastąpienia, czyli relacja emerytury do ostatniej pensji. I właśnie tutaj zaczynają się prawdziwe problemy, które dotyczą szczególnie młodszych pokoleń.
Jeszcze w 2014 roku stopa zastąpienia wynosiła 52,5 procent – innymi słowy, przeciętny emeryt otrzymywał świadczenie stanowiące nieco ponad połowę jego ostatniej pensji. Do 2020 roku wskaźnik ten spadł już do 42,4 procent. Ale to dopiero początek dramatu. Według prognoz Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, stopa zastąpienia spadnie do dramatycznego poziomu 25-30 procent do 2050 roku, a w najbardziej pesymistycznych scenariuszach może wynieść zaledwie 18-20 procent.
Najnowsze szacunki z lutego 2026 roku są jeszcze bardziej alarmujące: kwota zastąpienia z obecnych 54,2 procent zejdzie do zaledwie 29 procent już za 35 lat, czyli wtedy, gdy po świadczenie zgłoszą się dzisiejsi debiutanci na rynku pracy. Mówiąc wprost – osoba zarabiająca dziś 6 tysięcy złotych brutto może liczyć na emeryturę rzędu 3200 złotych. Za trzydzieści lat ten sam pracownik otrzymałby świadczenie stanowiące zaledwie jedną czwartą jego zarobków, czyli około 1500 złotych.
Tabela: Prognozowany spadek stopy zastąpienia w polskim systemie emerytalnym
| Rok | Stopa zastąpienia | Przykładowa ostatnia pensja | Prognozowana emerytura |
|---|---|---|---|
| 2014 | 52,5% | 6000 zł | 3150 zł |
| 2020 | 42,4% | 6000 zł | 2544 zł |
| 2026 | 54,2% | 6000 zł | 3252 zł |
| 2050 | 25-30% | 6000 zł | 1500-1800 zł |
| 2060 | ~20% | 6000 zł | 1200 zł |
Czy przy takich kwotach można w ogóle mówić o godnej starości? Trudno sobie wyobrazić spełnianie życiowych marzeń czy choćby komfortowe życie przy emeryturze stanowiącej piątą część ostatnich zarobków. To nie jest science fiction – to matematyka demografii i obecnych regulacji prawnych.
Obecny system emerytalny nie tylko stoi przed wyzwaniami demograficznymi, ale także generuje rażące nierówności między kobietami a mężczyznami. Od października 2017 roku, kiedy przywrócono wcześniejszy wiek emerytalny, kobiety mogą przechodzić na emeryturę w wieku 60 lat, a mężczyźni muszą pracować do 65 roku życia.
Paradoksalnie, to kobiety – które teoretycznie mogą wcześniej zakończyć aktywność zawodową – otrzymują znacznie niższe emerytury. Według danych z marca 2025 roku po waloryzacji średnia emerytura kobiet wyniosła 3421 złotych brutto, podczas gdy mężczyźni otrzymują średnio 4978 złotych brutto. Różnica przekraczająca 1500 złotych miesięcznie to nie błąd statystyczny – to konsekwencja krótkiego okresu składkowego połączonego z dłuższą średnią długością życia kobiet.
Albert Einstein podobno powiedział: „Nie wszystko, co da się policzyć, jest ważne, i nie wszystko, co ważne, da się policzyć”. Jednak w przypadku systemu emerytalnego matematyka jest bezlitosna. Wcześniejsze przejście na emeryturę oznacza mniejszy zgromadzony kapitał emerytalny, który dodatkowo musi być rozłożony na dłuższy okres – bo kobiety żyją średnio dłużej niż mężczyźni. Efekt? Znacznie niższe świadczenia przez dłuższy czas.
To właśnie ta nierówność była jednym z powodów, dla których w 2013 roku rząd PO-PSL wprowadził reformę stopniowo podnosząc wiek emerytalny do 67 lat dla obu płci. Plan zakładał, że wiek ten miał wzrastać o trzy miesiące rocznie, osiągając docelowe wartości do 2020 roku dla mężczyzn i do 2040 roku dla kobiet. Jednak polityczne zawirowania sprawiły, że w 2017 roku rząd PiS cofnął te zmiany, przywracając wiek 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn.

W lutym 2026 roku do Sejmu trafiła petycja Roberta Ołdakowskiego, która wywołała burzę w mediach społecznościowych. Propozycja jest rewolucyjna – wspólny wiek emerytalny wynoszący 62 lata dla obu płci. Oznaczałoby to, że mężczyźni mogliby odejść na emeryturę trzy lata wcześniej, podczas gdy kobiety musiałyby przedłużyć aktywność zawodową o dwa lata. Autor petycji przewidział stopniowe wprowadzanie zmian, by uniknąć społecznego wstrząsu.
Jednak to nie jedyny głos w debacie. Ekonomiści z Forum Obywatelskiego Rozwoju i Warsaw Enterprise Institute poszli znacznie dalej w swoim raporcie „Budżetowy SOS” opublikowanym w styczniu 2026 roku. Ich postulaty obejmują:
Propozycje radykalne („wariant ostry”):
Propozycje umiarkowane:
Podwyższenie wieku emerytalnego do 67 lat miałoby przynieść około 50 miliardów złotych oszczędności rocznie – kwota, która mogłaby znacząco wpłynąć na stabilizację finansów publicznych. Jak przekonywał Michał Michnik z FOR: „W obecnych warunkach nie widzimy drogi do utrzymania niskiego i nierównego wieku emerytalnego. On szkodzi zarówno mężczyznom, którzy muszą pracować dłużej, jak i kobietom, które przez niższy wiek emerytalny otrzymują niższe emerytury”.
Czy politycy znajdą odwagę, by wprowadzić reformę? Historia pokazuje, że już raz rząd Donalda Tuska wyłożył się na reformie emerytalnej, a PiS doszedł do władzy na obietnicy jej cofnięcia i obietnicy dochował. W świecie polityki liczby z badań opinii publicznej i wyniki wyborcze są często ważniejsze niż kalkulacje ekonomistów i prognozy demograficzne.

Paradoksalnie, rok 2026 zapowiada się jako doskonały dla polskiej gospodarki. Według prognoz Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju, PKB Polski wzrośnie o 3,4 procent, co plasuje nas w absolutnej czołówce krajów Unii Europejskiej. Konsumpcja prywatna pozostaje na solidnym poziomie, podobnie jak inwestycje publiczne, wspierane przez fundusze unijne i zwiększone wydatki na obronność.
Ale – i tutaj pojawia się ogromne „ale” – OECD prognozuje deficyt sektora general government Polski w 2026 roku na poziomie 6,6 procent PKB, a w 2027 roku na 6,1 procent. Chociaż znaczne deficyty wynikają częściowo ze wzrostu wydatków na obronność, odzwierciedlają one również wyższe wydatki socjalne, które wymagają odpowiednich działań.
Polska znalazła się w punkcie, gdzie gospodarka rozwija się dynamicznie, ale jednocześnie finanse publiczne balansują na krawędzi. Wydatki socjalne rosną, zobowiązania emerytalne puchną, a kolejne roczniki baby boomers zbliżają się do wieku emerytalnego. To trochę jak prowadzenie samochodu z coraz bardziej przeciekającym bakiem – możesz jechać szybko, ale paliwa ubywa w zastraszającym tempie.
Warto spojrzeć za zachodnią granicę i zobaczyć, jak z problemem wieku emerytalnego radzą sobie inne kraje europejskie. Różnicowanie wieku emerytalnego ze względu na płeć było charakterystyczne dla wielu europejskich systemów, jednak wyraźnie widać tendencję do wyrównywania momentu przejścia na emeryturę.
Na krok taki zdecydowały się w ostatnich latach Austria, Belgia, Bułgaria, Chorwacja czy Litwa. W większości krajów zachodnich wiek emerytalny oscyluje wokół 65-67 lat i jest taki sam dla kobiet i mężczyzn. Polska ze swoim zróżnicowaniem (60 lat dla kobiet, 65 dla mężczyzn) coraz bardziej odstaje od europejskiego mainstreamu.
Jak powiedziała profesor z SGH: „65 lat to minimum, jesteśmy w ogonie Europy”. I rzeczywiście, trudno nie zauważyć, że Polska pod względem wieku emerytalnego plasuje się wśród najbardziej „hojnych” krajów kontynentu – hojnych oczywiście w cudzysłowie, bo jak pokazują prognozy, ta hojność dziś przekłada się na biedę jutro.

Prognozy emerytalne dla osób, które dopiero wchodzą lub w ostatnich latach weszły na rynek pracy, nie są zbyt optymistyczne. Jednak – jak mówi Agnieszka Łukawska, ekspertka Instytutu Emerytalnego – „emerytury z systemu publicznego to nie kokosy. Są po to, żeby było zagwarantowane pewne niezbędne minimum. O resztę musimy zadbać sami”.
Ta brutalna prawda oznacza jedno: samodzielne gromadzenie kapitału na przyszłość stało się koniecznością, nie opcją. Młodsi Polacy muszą rozpocząć budowanie własnych oszczędności emerytalnych, korzystając z różnych instrumentów:
Narzędzia do samodzielnego budowania kapitału emerytalnego:
Kluczem jest regularność i zgodność z indywidualną strategią – uwzględniającą możliwości finansowe, posiadaną wiedzę finansową oraz apetyt na ryzyko. Im wcześniej zaczniesz oszczędzać, tym mniejsze będą musiały być miesięczne wpłaty dzięki efektowi procentu składanego.
Wszyscy eksperci są zgodni – bez zmian w systemie emerytalnym Polska stoi przed poważnym kryzysem finansowym. Pytanie brzmi tylko: kiedy politycy znajdą odwagę, by wprowadzić reformę, której wymaga zarówno demografia, jak i budżet państwa? Bo póki co, jak zauważa Warsaw Enterprise Institute, uprawiamy w Polsce ekonomię bez kalkulatora, kierując się abstrakcyjnymi ideologiami zamiast twardymi liczbami.
Historia reformy emerytalnej z lat 2013-2017 pokazuje, że temat wieku emerytalnego to polityczny „gorący ziemniak” – każdy chce ją szybko przekazać komuś innemu, zanim poparzy sobie ręce. PO podniosło wiek, PiS go obniżyło, a obecny rząd… zwleka. Tymczasem demograficzna bomba tyka coraz głośniej, a każdy rok zwlekania pogłębia przyszły kryzys.
OECD w swoich rekomendacjach nie pozostawia złudzeń: planowana do 2028 roku stopniowa konsolidacja fiskalna w Polsce jest ambitna i możliwe są odstępstwa od tego planu. Aby odbudować bufory fiskalne i skierować wskaźnik zadłużenia na ścieżkę spadkową, w nadchodzących latach należy wdrożyć stopniowe zacieśnienie polityki fiskalnej poprzez środki dotyczące zarówno wydatków, jak i dochodów.
Czy Polska znajdzie odwagę, by zmierzyć się z tym wyzwaniem? Czy politycy będą w stanie przeprowadzić niepopularną, ale konieczną reformę? A może kolejne rządy będą kopać problem przed sobą, licząc że wybuchnie już za kadencji następców? Odpowiedź na te pytania poznamy w najbliższych latach, ale jedno jest pewne – im dłużej czekamy, tym bolesniejsze będą konieczne rozwiązania.
Dla dzisiejszych trzydziestolatków i czterdziestolatków przesłanie jest jasne: nie liczcie wyłącznie na państwo. Budujcie swój własny kapitał emerytalny, oszczędzajcie regularnie i inwestujcie mądrze. Bo jak pokazują prognozy, emerytura z ZUS może okazać się ledwie symbolicznym dodatkiem, a nie podstawą godnego życia na starość. Pytanie nie brzmi już „czy”, ale „kiedy” – kiedy politycy przestaną udawać, że problemu nie ma, i podejmą trudne decyzje, których wymaga matematyka demografii.