Wylot o 6 rano, powrót o 23 – nowy szalony trend w podróżach podbija Polskę!

24 stycznia 2026 |

Wyobraź sobie, że budzisz się w poniedziałek o czwartej rano w Warszawie, a śniadanie jesz już w Barcelonie. Zwiedzasz Sagradę Familię, pijesz wino na plaży Barceloneta, a wieczorem… śpisz we własnym łóżku. Brzmi jak science fiction? To najgorętszy trend podróżniczy 2026 roku, który dzieli podróżników na dwa obozy: jedni wychwalają go pod niebiosa, drudzy kręcą głowami z niedowierzaniem.

Extreme Day Trips – szaleństwo czy rewolucja w podróżowaniu?

Pomysł wydaje się absurdalny jak próba zjedzenia zupy widelcem. Spędzić kilka godzin w samolocie, żeby przez moment posmakować innego miasta? A jednak coraz więcej Polaków pakuje małą torbę podręczną i rusza na kilkunastogodzinną wyprawę do europejskich stolic. Wszystko za sprawą tanich linii lotniczych, które oferują bilety w obie strony czasem taniej niż kolacja w warszawskiej restauracji.

Zjawisko extreme day trips narodziło się z połączenia dwóch potrzeb współczesnego podróżnika: chęci odkrywania świata i… pustego portfela. Ryanair i Wizz Air sprzedają loty do Barcelony, Wenecji, Berlina czy Alicante za równowartość dwóch pizz. Młodzi ludzie, szczególnie ci między dwudziestym a trzydziestym rokiem życia, błyskawicznie złapali haczyk. Po co płacić 300 złotych za nocleg w hotelu, skoro można wylecieć bladym świtem i wrócić po zmroku? Czy to racjonalna kalkulacja, czy może desperacka próba zaoszczędzenia ostatniego grosza?

Jak wygląda taki dzień? Oto surowa prawda

Budzik dzwoni o trzeciej w nocy. Nie, to nie pomyłka – to rzeczywistość extreme day trip. Lot o szóstej z Modlina oznacza wyjazd z domu około czwartej. Kawa w plastikowym kubku, pośpieszne pakowanie szczoteczki do zębów i power banku, sprawdzenie biletu na telefonie po raz dziesiąty. Panika, czy na pewno wyłączyłeś żelazko? Typowe przedpołudnie turysty XXI wieku.

Lądowanie w Barcelonie koło ósmej. Masz przed sobą dziesięć, może jedenaście godzin. Metro do centrum, szybka kawa w pierwszej lepszej kawiarni, i ruszasz. Plan musi być dopracowany do perfekcji, bo każda minuta się liczy. Sagrada Familia? Check. Park Güell? Check. Las Ramblas? Oczywiście. Lunch składający się z tapas pochłoniętych w biegu? Niestety tak.

O szóstej wieczorem zaczyna się odliczanie. Dwie godziny do odprawy, pół godziny zapasu na korki. Bierzesz ostatnie zdjęcie na tle morza, kupujesz magnes na lodówkę (bo tak wypada) i pędzisz na lotnisko. Powrotny lot o dwudziestej. Lądowanie w Polsce przed jedenastą. Do domu dojeżdżasz koło północy, padasz jak długi i… no właśnie, czy było warto?

Typowy harmonogram jednodniowej wycieczki do Barcelony:

CzasAktywnośćKomentarz
03:00Pobudka i wyjazd na lotniskoKawa w termosie to podstawa
06:00Wylot z PolskiLot trwa ok. 2,5h
08:30Lądowanie w BarcelonieCzas lokalny
09:00-18:00Zwiedzanie miastaOkoło 9h czystego zwiedzania
18:30Wyjazd na lotniskoBezpieczeństwo przede wszystkim
20:00Wylot powrotnyZmęczenie daje znać o sobie
22:30Lądowanie w PolsceCzas lokalny
23:30-00:00Powrót do domuSen w samolocie to luksus

Kto wybiera takie podróże i dlaczego?

Profil typowego extreme day trippera? Student albo młody pracownik, dla którego 200 złotych na bilet to maksimum możliwości finansowych. Ktoś, kto woli zobaczyć dziesięć miast po kawałku niż jedno od podszewki. Osoba, która uważa, że Instagram story z Wenecji ma większą wartość niż spokojny spacer bez telefonu. Brzmi okrutnie? Może trochę, ale statystyki nie kłamią – takich osób przybywa z miesiąca na miesiąc.

Eksperci z platformy TikTok zauważyli wzrost zainteresowania tego typu podróżami o ponad 300 procent w ciągu ostatniego roku. Hashtag #extremedaytrip zbiera miliony wyświetleń, a influencerzy turystyczni ścigają się w pokazywaniu, ile atrakcji da się zwiedzić w ciągu kilku godzin. To trochę jak próba pobicia rekordu świata – nie chodzi o głębię doświadczenia, tylko o ilość.

24-letnia studentka z Krakowa, w zeszłym roku odwiedziła w ten sposób osiem europejskich miast. „Gdybym miała czekać, aż zaoszczędzę na normalny wyjazd z hotelem, czekałabym całe życie” – opowiada w jednym z wywiadów dla portalu turystycznego. „Wolę zobaczyć coś, niż nie zobaczyć nic”. Trudno się z tym nie zgodzić, choć równie trudno oprzeć się wrażeniu, że coś w tej filozofii ginie.

Najpopularniejsze kierunki na jednodniowe wypady z Polski to:

  • Barcelona – mieszanka architektury Gaudiego i śródziemnomorskiego klimatu
  • Wenecja – choć tonie, wciąż zachwyca i kusi
  • Berlin – historia, kultura i życie nocne w jednym
  • Alicante – plaże i tanie hiszpańskie wino
  • Praga – tak blisko, że można wracać co weekend
  • Mediolan – moda, katedra i aperitivo

Ciemna strona taniego latania – o czym nie mówią influencerzy

Zdjęcia na Instagramie są piękne. Uśmiechnięta twarz na tle Koloseum, kawa w rzymskiej kawiarni, zachód słońca nad Barceloną. Nikt nie publikuje zdjęcia z workami pod oczami o trzeciej w nocy, nikt nie pokazuje płaczu z frustracji, gdy okazuje się, że kolejka do Watykanu jest trzygodzinna, a samolot odlatuje za pięć. Media społecznościowe to wypolerowana fasada, a prawda bywa znacznie mniej fotogeniczna.

Podróż w stylu extreme day trip to maraton, nie spacer. Fizyczne zmęczenie to jedno – młode organizmy jakoś to znoszą. Gorzej z psychiką. Poczucie ciągłego pośpiechu, niemożność zatrzymania się na chwilę, brak czasu na spontaniczność. Spotkałeś sympatyczną osobę w kawiarni? Ciekawie wygląda ten mały sklep z antykami? Szkoda, nie ma czasu. Samolot nie poczeka, a bilet bezzwrotny. To trochę jak oglądanie filmu na szybkim przewijaniu – technicznie widziałeś całość, ale czy naprawdę cokolwiek zrozumiałeś?

Badania psychologów podróży (tak, są i tacy specjaliści) pokazują, że wartość wypoczynku nie mierzy się ilością zwiedzonych miejsc, tylko głębokością doświadczenia. Dr Magdalena Kugiejko z Uniwersytetu Warszawskiego w rozmowie dla jednego z portali podkreśla znaczenie slow travel – podróżowania wolnego, świadomego, dającego przestrzeń na refleksję. Czy to oznacza, że extreme day trips są bez sensu? Niekoniecznie. Ale warto zadać sobie pytanie: czego właściwie szukasz w podróży?

Ciche wakacje – drugi biegun podróżniczego świata

Ciekawe, że w tym samym czasie, gdy jedni pędzą przez Europę w tempie tornado, inni odkrywają zupełnie przeciwny trend. Nazywa się „quietcation” – ciche wakacje. To antidotum na hałas, tłumy, instagram stories i listę „must see” długą jak Wielki Mur Chiński. Cisza będzie na wagę złota, przewidują eksperci z platformy Booking.com, która przebadała preferencje prawie 30 tysięcy podróżnych.

Wyobraź sobie chatę w norweskich górach, gdzie jedynym dźwiękiem jest szum lasu. Albo wiejski pensjonat we Francji, gdzie wieczory spędzasz przy kominku z książką, nie telefonem. To jak wejście do odtruwalnego spa dla umysłu – żadnych powiadomień, żadnej presji, żadnego FOMO (fear of missing out). Badania pokazują, że 43 procent podróżnych szuka bliskości z naturą, a 25 procent preferuje spokojne zajęcia bez mocnych wrażeń.

Trend ten łączy się z detoksem cyfrowym. Coraz więcej hoteli oferuje pakiety „disconnect to reconnect” – zostawiasz telefon w recepcji na całą dobę. Początkowo brzmi jak tortura, ale po dwóch dniach czujesz, jakby ktoś zdjął ci z pleców worek kamieni. Czy to oznacza rezygnację z podróżowania? Absolutnie nie. To raczej podróżowanie w wersji 2.0 – mniej chaosu, więcej sensu.

Supermarket zamiast muzeum – najdziwniejszy trend 2026 roku

A teraz coś, co brzmi jak żart, ale jest całkowicie na serio. Badania platformy Skyscanner pokazują, że 25 procent Polaków uważa odwiedzanie lokalnych supermarketów za ważny element zagranicznych podróży. Zamiast eleganckich restauracji, wolą wędrować między półkami Carrefoura w Paryżu albo Tesco w Londynie. Czy zwariowaliśmy? Może trochę. Ale jest w tym metoda.

Lokalny sklep spożywczy to jak serce miasta – pokazuje, jak naprawdę żyją mieszkańcy, co jedzą, ile płacą, jakie mają przyzwyczajenia. Francuski supermarket oferuje 30 rodzajów serów, hiszpański ma cały rząd szynki serrano, a brytyjski – sekcję gotowych dań większą niż cała polska Biedronka. To antropologia w praktyce, tylko bez nudy akademickiego wykładu. Plus możesz kupić lokalne specjały za ułamek restauracyjnej ceny i zrobić piknik w parku.

Dlaczego warto odwiedzić lokalny supermarket podczas podróży:

  • Poznasz autentyczne ceny i poziom życia
  • Odkryjesz produkty niedostępne w Polsce
  • Zobaczysz różnice kulturowe (np. rozmiary porcji)
  • Możesz kupić tanie pamiątki jadalne
  • Obserwujesz prawdziwych mieszkańców, nie turystów
  • To ciekawsza lekcja kultury niż muzeum

Pamiętam historię Marka, polskiego studenta, który podczas jednodniowej wycieczki do Rzymu… spędził godzinę w lokalnym COOP. Zamiast płacić 30 euro za obiad przy Fontannie di Trevi, kupił świeże focacce, prosciutto, pomidory San Marzano i lokalny ser pecorino. Zjadł to wszystko na schodach przy Pantheon, wydając góra 8 euro. Czy to optymalizacja budżetu, czy po prostu inny sposób poznawania miejsca? Prawdopodobnie jedno i drugie.

Hotel jako cel podróży – kiedy nocleg staje się główną atrakcją

Dawniej hotel był tylko miejscem, gdzie zostawiasz walizkę i śpisz. Teraz? 49 procent użytkowników Skyscannera dokonuje rezerwacji wyłącznie na podstawie miejsca noclegu. Hotel przestaje być tłem, staje się gwiazdą przedstawienia. Luksusowe spa, basen infinity na dachu, pokoje z widokiem wart miliona dolarów, restauracja prowadzona przez gwiazdkowego szefa kuchni. Niektórzy przylatują do miejsca tylko po to, żeby spędzić weekend w konkretnym hotelu.

To trend szczególnie popularny wśród pokolenia Z i millenialsów, którzy szukają nie tylko miejsca do spania, ale całego doświadczenia. Liczba rezerwacji z filtrem „biblioteka” wzrosła o 70 procent – ludzie chcą hoteli z charakterem, które opowiadają historię. Butikowe hotele w zabytkowych pałacach, designerskie eko-domki w górach, pływające hotele na jeziorach. To już nie jest zakwaterowanie. To jest atrakcja turystyczna sama w sobie.

Ciekawostka: najszybciej rosnącym segmentem są hotele z programami długowieczności i wellness. Zamiast tradycyjnego spa z masażami, oferują medytacyjne retrity, zajęcia z jogi o świcie, programy odżywiania wspierające zdrowie. Młodsze pokolenia traktują takie wyjazdy jako inwestycję w przyszłość – wolą wydać pieniądze na poprawę kondycji niż na kolejny gadżet. To chyba jedyna pozytywna cecha pokolenia, które zjada avocado tost zamiast kupić mieszkanie.

Malta – fenomen sezonu, o którym wszyscy mówią

Jeśli miałbyś wskazać jedno miejsce, które absolutnie eksplodowało w 2026 roku, to byłaby Malta. Liczby nie kłamią: 22 procent wszystkich zimowych rezerwacji w polskich biurach podróży dotyczy właśnie tej małej wyspy. Czterodniowy pobyt z lotem i hotelem można dostać już od 589 złotych. To mniej niż weekend w polskich górach, a dostajesz śródziemnomorski klimat, zabytki z listy UNESCO i temperaturę, która nie spada poniżej 15 stopni nawet w styczniu.

Co sprawia, że Malta tak fascynuje? Po pierwsze, rozmiar – cała wyspa to praktycznie jeden większy powiat. Nie tracisz czasu na długie przejazdy, wszystko jest w zasięgu ręki. Po drugie, język angielski jako urzędowy – nie musisz gimnastykować się z włoskim czy hiszpańskim. Po trzecie, cena – Malta konkuruje z najtańszymi kierunkami w Europie. I po czwarte, brak tłumów zimą. To idealny kierunek dla tych, którzy chcą zwiedzać bez walki o miejsce przy zabytkach.

Valletta, stolica Malty, została niedawno wybrana najlepszym miastem świata i Europy przez podróżników. Barokowa architektura, historia sięgająca czasów krzyżowców, widoki na morze z każdego zakamarka, kafejki serwujące pastizzi (lokalne ciastka) za euro. To jak karykatura idealnego miasta – wszystko ładne, wszystko uporządkowane, wszystko w zasięgu spaceru. Jedyny minus? Coraz więcej ludzi odkrywa ten sekret, więc za rok może być już za późno na spokojne zwiedzanie.

Czy warto gonić za trendami, czy lepiej znaleźć własną drogę?

Po przeczytaniu tego wszystkiego możesz się zastanawiać: w którą stronę pójść? Extreme day trip czy quietcation? Hotel luksusowy czy hostel za pięć euro? Malta czy nieodkryte jeszcze Chongqing w Chinach? A może najrozsądniejsza odpowiedź brzmi: wszystko zależy.

Podróże są jak ludzie – nie ma dwóch identycznych. Ktoś uwielbia adrenalinę i szybkie tempo, ktoś inny potrzebuje ciszy i przestrzeni. Student z ograniczonym budżetem będzie podróżować inaczej niż rodzina z dwójką dzieci, a oni inaczej niż sześćdziesięciolatek świętujący emeryturę. Trendy są po to, żeby inspirować, nie dyktować. Najważniejsze pytanie, które powinieneś sobie zadać, nie brzmi „co jest modne”, tylko „czego ja potrzebuję”.

Może odkryjesz, że jednodniowa wycieczka do Berlina naprawdę Ci pasuje – lubisz intensywność, szybkie działanie, maksymalne wykorzystanie czasu. Albo przeciwnie – stwierdzisz, że wolisz pięć dni w jednym miejscu, spokojne odkrywanie zakamarków, rozmowy z lokalsami w barze. Albo połączysz jedno z drugim: trzy dni w górskim hotelu na detoks cyfrowy, a potem szybki wypad do Wiednia na dzień. Świat podróży jest na tyle różnorodny, że każdy znajdzie coś dla siebie. Wystarczy przestać słuchać influencerów i zacząć słuchać siebie.

Podsumowanie – dokąd zmierza turystyka?

Rok 2026 pokazuje, że podróżowanie stało się bardziej demokratyczne i dostępne niż kiedykolwiek. Możesz lecieć do Barcelony taniej niż jechać pociągiem do Gdańska. Możesz spędzić tydzień w luksusowym hotelu za cenę miesięcznego karnetu na siłownię. Możesz odwiedzić dziesięć krajów albo dziesięć razy wrócić do tego samego miejsca. Wybór należy do Ciebie.

Ale pamiętaj: podróż to nie wyścig. To nie jest rywalizacja, kto więcej zobaczył, kto dalej doleciał, kto lepsze zdjęcie wrzucił na Instagram. Podróż to rozmowa z samym sobą, z innymi ludźmi, z miejscami i ich historiami. Czasem ta rozmowa trwa jeden dzień, czasem dwa tygodnie. Najważniejsze, żeby była autentyczna.

Więc wylecisz o szóstej rano do Rzymu i wrócisz tego samego wieczora? Świetnie, jeśli to Cię uszczęśliwia. Spędzisz tydzień w chatce w norweskich lasach bez internetu? Wspaniale, jeśli tego potrzebujesz. Odwiedzisz lokalny supermarket zamiast restauracji? Czemu nie, każdy ma swoje dziwactwa. Świat jest wystarczająco duży, żeby pomieścić wszystkie style podróżowania. Wystarczy znaleźć swój.

Katarzyna Meszka

Jako grafik komputerowy łączę twórczą pracę z głębokimi zainteresowaniami pozazawodowymi. Regularnie zgłębiam meandry historii, polityki, kultury i sztuki. Równie ważną domeną moich pasji jest ogrodnictwo i przyroda – te dziedziny traktuję jako przestrzeń, w której odnajduję autentyczne i najcenniejsze inspiracje.

Liczba komentarzy: 2

  1. and pisze:

    Ja mieszkam w takim miejscu, że nie muszę jeździć na wakacje, aby się wyciszyć. Raczej jeżdże do miast, aby zażyć trochę cywilizacji.

  2. ignac pisze:

    Latanie samolotem zostawia ogromny ślad węglowy. Lecieć gdzieś na jeden dzień to znęcanie się nad środowiskiem i naszą planetą. Oczywiście najgorsi są celebryci którzy latają w pojedynkę odrzutowcami, ale samoloty pasażerskie też powodują ogromne emisje. Moim zdaniem jak już gdzieś lecieć, to na dłużej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *